Zobacz co Cię czeka w przyszłości...
- Ogłoszeń jest mnóstwo, można spotkać nawet
oferty pracy dotyczące dziecka, które dopiero ma pojawić się na świecie. Wymagane są referencje, najlepiej wykształcenie pedagogiczne, bardzo często
prawo jazdy, własny transport i dobry angielski - mówi Edyta, która od siedmiu miesięcy pracuje jako opiekunka. Mariola została polecona rodzinie, w której zajmuje się czteromiesięcznym chłopczykiem.
- Nie znam dobrze angielskiego i to był mój największy problem, ale byłam polecona przez znajomą i to właściwie pomogło mi otrzymać tę pracę.
Pierwsze spotkaniePierwszy kontakt z rodzicami może powiedzieć bardzo dużo. - Już na pierwszym spotkaniu czułam, że nie będzie różowo. Matka dzieci patrzyła na mnie z wyższością, była bardzo nieprzyjemna i chciała mi pokazać, że jest kimś lepszym. Nie wiem, czy to dlatego, że byłam dla niej tylko "Poleczką", która będzie jej teraz służyć, czy były w tym jakieś inne pobudki. Zależało mi na tej pracy bardzo, teraz wiem, że drugi raz nie popełniłabym tego samego błędu. Trzeba ufać swojej intuicji i jak już na początku coś nie pasuje, to nie ma się nad czym zastanawiać, trzeba brać nogi za pas - doradza Edyta i dodaje: - Chciałam być wobec nich uczciwa i od razu powiedziałam, że nie znam dobrze angielskiego. Na co otrzymałam odpowiedź, że to żaden problem i że jakoś sobie poradzimy. Miałam opiekować się sześciomiesięcznym chłopczykiem i pięcioletnią Jassicą. Matka dzieci powiedziała mi, że z dziewczynką są pewne problemy, ale, że to taki wiek i muszę być wyrozumiała, ponieważ wszystkie dzieci lubią rozrabiać. Nie przypuszczałam, że wpakowałam się w rodzinne piekiełko - wspomina Edyta. Z kolei Mariola od razu została zaakceptowana przez rodziców swojego podopiecznego. - Rodzice na pierwszym spotkaniu byli przemili, od razu było widać, że zależy im na jak najlepszym wychowaniu swojej pociechy. To ich pierwsze dziecko, a są już dojrzałymi ludźmi, więc zauważyłam, że są nieco nadopiekuńczy. Wszystko ma chodzić jak w zegarku. Otrzymałam harmonogram zajęć, w którym był wymieniony czas na relaks, na słuchanie muzyki, na spanie i jedzenie- opowiada Mariola.
Dzień w pracyJeśli już na początku są z czymś problemy, to będzie ich coraz więcej. - Rodzice nie potrafili określić, kiedy mam przyjechać ani na ile godzin. Dowiedziałam się dzień przed, późnym wieczorem, że mam się rano u nich stawić. W Irlandii jestem z czteroletnim synem. Kubuś bardzo się ucieszył, że będziemy jeździć do dzieci, ponieważ tutaj nie ma się z kim bawić i czuje się samotny. Rodzina mieszka na wiosce, za Dublinem i trzeba jechać tam około trzech godzin, przy czym w ciągu dnia przejeżdżają tamtędy tylko trzy autobusy - opowiada Edyta. - Pierwsza nasza wyprawa była chyba zapowiedzią tego, co nas miało dalej czekać. Była okropna pogoda, bardzo mocno padało i wiał zimny wiatr. Kiedy dotarliśmy, przemoknięci i zmarznięci, okazało się, że możemy pocałować klamkę. Pani domu gdzieś się wybrała, zupełnie o nas zapominając i najwyraźniej nie miała najmniejszej ochoty z niczego się tłumaczyć. Wielokrotnie dzwoniłam, ale nie odbierała telefonu. Byłam wściekła, a najbliższy autobus miał być za dobrych kilka godzin. Po trzech godzinach naszego marznięcia, "gwiazda" się pojawiła. Jedyne, co wymamrotała, to tyle, że dobrze, że na nią czekamy, ponieważ jej zupełnie wyleciało z głowy, że mamy przyjechać i wybrała się na zakupy. Na żadne "przepraszam" nawet nie było co liczyć.
Nie wszystko jest tak jak być miało. - Już pierwszego dnia okazało się, że jednak mój słaby angielski będzie dużym problemem. Jeśli czegoś nie zrozumiałam, pani domu naburmuszona powtarzała mi to coraz głośniej i głośniej. Na jej twarzy było widać złość i zniecierpliwienie - opowiada Edyta. Mariola trafiła dobrze, cała rodzina jest dla niej bardzo życzliwa. - U mnie wszystko było ustalone, określone były moje obowiązki. Miałam zająć się sterylizacją butelek, przebieraniem malucha, dopilnowaniem godzin jedzenia i spania. Rodzice są bardzo punktualni, szanują moja pracę i czas. Za wszystko dziękują, traktują mnie jak członka rodziny. Bardzo często w odwiedziny przychodzą dziadkowie, widać, że chcieliby ze mną porozmawiać, babcia z dużą cierpliwością uczy mnie angielskiego, a rodzice chłopca kupili słowniki polsko-angielskie - z uśmiechem mówi Mariola.
DzieciNa Edytę z każdą chwilą czekało coraz więcej nieprzyjemnych niespodzianek. - Jassica okazała się być dzieckiem, jakie można zobaczyć tylko w programach telewizyjnych. To, co wyprawiała, jest nie do wyobrażenia. Była dzieckiem bardzo problematycznym, nadpobudliwym, agresywnym, właściwie nie do opanowania. Moje pierwsze zetknięcie z nią miało miejsce w momencie, gdy malowała po ścianie ketchupem. Matka w ogóle nie reagowała, wręcz powiedziałabym, że wyglądała na dumną z pomysłowości swojej córeczki. Później poznałam kolejne ulubione zabawy dziewczynki: wyrzucanie płatków śniadaniowych z pudełek i skakanie po nich, rzucanie wszystkim, co znajdzie się w zasięgu jej ręki, zjeżdżanie na głowie ze ślizgawki, uciekanie, a przede wszystkim bicie. Przeraziłam się, gdy zobaczyłam całe rączki i nóżki młodszego dziecka w siniakach. Okazało się, że siostra regularnie go szczypie, kopie, gryzie, gdy tylko ktoś spuści malucha z oczu. Bardzo szybko przekonałam się, że agresja dziewczynki wymierzona jest we wszystkich. Jak tylko przewijałam małego, ona pluła na mnie, szarpała za włosy, wskakiwała na plecy i mnie gryzła. Kubuś już w pierwszym tygodniu płakał, że więcej nie chce tam jechać. Jassica tylko patrzyła, czy ja nie widzę i brała jakieś ciężkie przedmioty i biła go do momentu, kiedy Kuba nie zaczął płakać. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ona na nic nie reagowała, nie było z nią żadnego kontaktu, tak, jakby w jakiś sposób była nieobecna - opowiada Edyta. Z każdym dniem czekały na Edytę nowe przeszkody i upokorzenia. - Matka dzieci kazała wychodzić mi z nimi na spacer, niezależnie od pogody. Jassica wybiegała z domu, wsiadała na rower i jechała nim prosto na ulicę, wybierając miejsce, gdzie przejeżdżało najwięcej samochodów, po czym kładła się na ziemi i za nic nie dawała się podnieść, krzyczała, drapała, musiałam ją jakoś ciągnąć z tym rowerem, to był naprawdę koszmar. Byłam przerażona, przecież jakby się coś stało, to cała odpowiedzialność spada na mnie, a oni nie dali mi żadnej umowy, nie mam ubezpieczenia. Powiedziałam matce dzieci, że boję się chodzić na spacer z Jassicą, a ona zarzuciła mi, że to we mnie jest problem, a nie w jej dziecku - wspomina. Nieodpowiedzialni rodzice, to najczęściej powód wszystkich problemów. - Z dnia na dzień było coraz gorzej. Obiecywali mi zwrot pieniędzy za bilety, nie dostałam ani grosza. Praktycznie, za każdym razem przyjeżdżali później, niż byliśmy umówieni i nie interesowało ich, że nie mam już powrotu do domu, słyszałam tylko "biegnij może coś pojedzie". Nie płacili mi za nadgodziny, a pani domu tylko wymyślała nowe obowiązki. Któregoś dnia, gdy przewijałam małego, Jassica zakradła się do Kuby i uderzyła go tak mocno jakąś zabawką w twarz, że dziecko całe zalało się krwią. To już była przesada! Matka dzieci oczywiście całą winę zrzuciła na mnie, powiedziała, że to przez to, że nie umiem zająć się jej dziećmi.
Za to sytuacja Marioli jest godna pozazdroszczenia. - Chłopczyk jest bardzo grzeczny, bawimy się razem, śpiewamy. Rodzice cieszą się, że dzięki mnie, może ich dziecko będzie dwujęzyczne. Płacą mi za każdą dodatkową godzinę, zwracają za bilety, jest to praca legalna, więc o nic nie muszę się martwić- z uśmiechem opowiada Mariola.
ZaufanieW sytuacji gdy obca osoba zajmuje się naszym dzieckiem, zaufanie to podstawa. - Czułam się tam bardzo źle, nie ufali mi w ogóle. Zamykali wszystkie drzwi na klucz, żebym przypadkiem gdzieś nie weszła. Miałam wrażenie, że zastawiają na mnie pułapki, np. rozkładali pieniądze wszędzie tam gdzie mogłam sięgnąć: w szafce z jedzeniem, w szufladzie z pieluszkami i ubraniami chłopca. Bałam się, że mogą posądzić mnie o kradzież, ponieważ Jassica rozrzucała wszystko, co tylko wpadło jej w ręce. Wielokrotnie zbierałam pierścionki i łańcuszki, którymi dla zabawy rzucała po ogródku - wspomina Edyta. Mariola nie miała najmniejszych problemów. - Klucz do swojego domu dali mi już w drugim dniu pracy, czuję się u nich bardzo swobodnie, mają do mnie bardzo duże zaufanie.
Irlandzkie "wychowanie"Każdy kraj ma odrębne zwyczaje i tradycje, dotyczy to również metod wychowania. - Telewizor jest włączony na okrągło, wprawdzie jest on czasami w stanie odciągnąć na chwilę Jassicę od rozrabiania, ale to na krótką chwilę. Zaszokowało mnie, jak maluch potrafi siedzieć przez półtorej godziny, niczym w hipnozie, przed wielkim ekranem. Rodzice zupełnie nie reagują na zachowanie córki, jeśli raz zwrócą jej uwagę i nie widzą efektu, nie robią nic więcej. Nie ma czegoś takiego, jak dawanie klapsa. Żadnych kar, a same nagrody. Dla świętego spokoju matka jest w stanie spełnić każdą zachciankę dziewczynki. Jeśli chce, żeby mała zjadła kilka łyżek obiadu, to obiecuje jej prezenty. Nagradzają ją za wszystko, np. że nie pobiła brata, albo, że obejrzała bajkę i nie rozrabiała w tym czasie. Jassica uwielbia reklamy, jeśli widzi coś, czego jeszcze nie ma, wpada w histerię, kładzie się na podłodze, krzyczy, tupie nogami, jeśli matka nie reaguje, to dziewczynka zaczyna coś niszczyć i nie przestaje, dopóki nie osiągnie swojego celu - opowiada Edyta. - To jest bardzo bogata rodzina, wprawdzie niewykształcona, ale bogata. Dom jest ogromny i piękny, ale jest w nim tak brudno, że buty przyklejają się do podłogi. Pani domu nie uznaje czegoś takiego jak sprzątanie. Jassica, jeśli coś zje, to resztki i papiery wyrzuca tam gdzie w danej chwili stoi, najlepiej jeszcze poskacze po tym. Zszokowało mnie, gdy zobaczyłam, jak maluch raczkuje po tym brudzie. Na podłodze można znaleźć wszystko, począwszy od błota i jedzenia, na agrafkach kończąc - dodaje dziewczyna. Irlandzkie odżywianie dzieci niejedną matkę wprawiłoby w osłupienie. - Nie mogłam się również nadziwić, gdy zobaczyłam, jak karmione są dzieci. Obiad wygląda tak, że matka daje dzieciom po paczce chipsów. Małemu, co ciekawe, wysypuje je jeszcze na tę brudną podłogę, jak dla zwierzaka jakiegoś. Kolejnym daniem dla sześciomiesięcznego dziecka są frytki i pizza z mikrofalówki, z grzybami i papryką, mały jeszcze nie ma ząbków, więc ciamka to w buzi, dopóki jakoś tego nie przełknie, a do popicia mamusia szykuje Sprite'a - opowiada Edyta. Ciężko w to uwierzyć, jeśli nie widziało się tego na własne oczy. Mariola dodaje: - Mnie najbardziej zdziwiło to, że oni kąpią dziecko w zimnej wodzie i karmią zimnym mlekiem. Niby wszystko ma się odbywać w temperaturze pokojowej, ale tam są cały czas pootwierane okna i jest naprawdę zimno.
Odpowiedzialność, jaka spoczywa na opiekunkach do dzieci, jest ogromna, nigdy nie wiadomo, na jakie dzieci się trafi i, co gorsze, na jakich rodziców, a niestety, to oni najczęściej stanowią problem nie do pokonania.
A teraz odstresuj się, w końcu są wakacje...